Książka zawsze sama mi się pisze! Rozmowa z pisarką Magdaleną Witkiewicz

W moim domu nigdy nie mówiło się o dziadku Klemensie. Wiedziałam tylko, że to była taka cudowna miłość. Dopiero gdy byłam dorosła, dowiedziałam się, że został wcielony do Wehrmachtu. Przyznam, że było to dla mnie szokiem. Jak to, mój dziadek? W niemieckim wojsku? Przecież to niemożliwe!

Pisarz to samotnik. Tak się kiedyś uważało, aż nagle zaczęło się coraz bardziej popularne stawać wspólne pisanie. Jak pisać z kimś by się nie pozabijać?

Jeszcze niedawno powiedziałabym, że trzeba się znać i co najmniej się lubić. Jednak gdy zaczynałam pisać książkę ze Stefanem Dardą, nie znaliśmy się wcale. On nawet nie przeczytał wtedy żadnej mojej książki. Myślałam sobie wiele razy później, że oboje byliśmy wielkimi ryzykantami. Mogliśmy przecież się pokłócić po pierwszym rozdziale!

Jednak nadal twierdzę, że musi być to coś pomiędzy ludźmi. Alek Rogoziński jest moim przyjacielem, a ze Stefanem również się super dogadywaliśmy. Bardzo wiele się od niego nauczyłam. Myślę, że to będzie widać w książce, która ukaże się w maju. Jeszcze tylko powiem, że podczas naszego spotkania autorskiego (ze Stefanem) podszedł do mnie jego przyjaciel i pogratulował mi serdecznie tego, że udało mi się ze Stefanem napisać książkę. Powiedział, że podziwia każdego, kto ze Stefanem daje radę współpracować (śmiech). Ja tam byłam zachwycona współpracą. Aczkolwiek jak sobie pomyślę, jak zupełnie inny jest Stefan, to nadal nie wiem, jak to nam wyszło. Widać przeciwieństwa się przyciągają! Z efektów oboje jesteśmy bardzo zadowoleni.

Czy tematy tworzy życie? Pamiętasz jakąś inspirację z życia wziętą, która zapadła ci najmocniej w pamięci?

Tak sobie myślę, że wszystkie książki miały początek w prawdziwych historiach. W szczególności te poważniejsze, bardziej skłaniające do wzruszeń.Może opowiem o mojej najnowszej książce „Jeszcze się kiedyś spotkamy” (premiera w maju 2019), z którą wciąż nie mogę się rozstać. Historia jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Mój dziadek Klemens Samulewski zaginął na wojnie, a moja babcia na niego czekała całe życie. A ile w książce jest prawdy? Nie wiem. Może przez przypadek napisałam coś, co wydarzyło się rzeczywiście? Tego się pewnie nigdy nie dowiem. W moim domu nigdy nie mówiło się o dziadku Klemensie. Wiedziałam tylko, że to była taka cudowna miłość. Dopiero gdy byłam dorosła, dowiedziałam się, że został wcielony do Wehrmachtu. Przyznam, że było to dla mnie szokiem. Jak to, mój dziadek? W niemieckim wojsku? Przecież to niemożliwe! I teraz, gdy opowiadam tę historię na Śląsku czy na Pomorzu, wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami. Gdy opowiadam tę historię w Krakowie czy Poznaniu, czuję dystans i pewnego rodzaju niechęć. Nie dziwię się wcale! W  Grudziądzu do 1945 roku 87% obywateli zostało wpisanych na listę narodowościową. Z literatury historycznej wiem, że w Grudziądzu czy w ogóle na Pomorzu, żeby się nie dostać na folkslistę, trzeba było się natrudzić. Z kolei w Wielkopolsce trzeba było natrudzić się, by się tam dostać. Przeglądając dokumenty, odkryłam, że mój dziadek poszedł do wojska 26 marca 1942 roku. Trzy tygodnie po tym, jak urodziła się moja mama. Mogę wnioskować, że został wezwany do wojska, bo Niemcy tracili ludzi na froncie wschodnim i brakowało im ludzi… Nie wiem, co robił wcześniej. Moje życie przez ostatnie kilka miesięcy przeplatało się z życiem moich bohaterów i sama traciłam czasem rozeznanie, co było prawdą, a co fikcją, wymyśloną przeze mnie. A może ktoś z góry mi to wszystko dyktował? Tego się też nigdy nie dowiemy. Miałam jednak wrażenie, że gdy moi przodkowie odkryli, że za bardzo nie grzebię w ich życiu, to sami pozwalali mi rozwinąć fabułę… Może odezwie się do mnie ktoś, kto powie: „Znałem go. Znałem Klemensa Samulewskiego już po wojnie. Nie mógł wrócić”. Mój bohater wrócił. Wrócił tylko po to, by napić się herbaty z porcelanowych filiżanek. O moim dziadku nadal nie wiemy nic, poza tym, co mówią listy i ten niemiecki dokument z rzekomą datą jego śmierci.

Jakie kobiety są w twojej prozie?

Takie jak Ty, ja. Jak ta pani siedząca obok ciebie w autobusie, czy dziewczyna spacerująca z wózkiem w parku. Ta, co widziałaś ją płaczącą, bo ją ktoś zranił i ta, która całowała się w parku ze swoją pierwszą miłością. Też taka, która dowiedziała się właśnie, że ma wnuka. Ta, która jest zakochana i ta, która właśnie wspina się po szczeblach kariery. Ma lat sześć, ale też może mieć sześćdziesiąt. Jest gruba, chuda, zdrowa, chora. Każda. Piszę o wszystkich kobietach. Jesteśmy tak różne, że tematów jest wiele. Ale łączy nas jedno, niezależnie od tego w jakim kraju żyjemy, w jakiej epoce. Chcemy po prostu być szczęśliwe. I ja piszę o tym szczęściu. O tym, jak je odnaleźć w zwyczajnym codziennym życiu. Staram się dawać nadzieję!

A faceci? Co z nimi? Przypominają naszych partnerów, znajomych, czy zupełnie nie mają ich cech?

Powiem cicho, ale nikomu nie mów! Mój mąż zawsze do mnie mówi: Madziaku, co ty byś beze mnie zrobiła. Ja jestem nieustającym źródłem twoich inspiracji! Opisujesz mnie w każdej książce! Muszę przyznać, że coś w tym jest… (śmiech) Ale również opisuję zupełnie zwyczajnych facetów. Ze swoimi słabościami i sukcesami. Oczywiście w moich komediach przerysowuje pewne cechy u każdego bohatera, ale od tego są komedie. By śmiać się ze swoich ułomności. Czasem nawet ja to potrafię.

Czy pisząc zważasz na proporcje pomiędzy smutkiem a radością?

Chyba nie. Książka zawsze sama mi się pisze. I wiem, że skończy się dobrze. A co będzie po drodze? Tutaj już jest różnie. Ja dbam o te proporcje w swoim życiu. Gdy napiszę książkę, która jest smutna, wzruszająca, emocjonalna, natychmiast muszę napisać coś wesołego. Taki literacki płodozmian. Pomaga mi wrócić do równowagi psychicznej.

Czy zdarzyło ci się, że czytelnicy mieli ci za złe, że np. coś okrutnego zrobiłaś z jakimś bohaterem?

Tak! Po książce „Po prostu bądź” otrzymywałam maile. „Pani Magdo, jak pani mogła? Nienawidzę pani!” Na szczęście potem był mail: „Jednak panią kocham”.

Spać czy pisać? Jak spędzasz wieczory?

Kocham pisać w nocy. I nawet odkryłam dlaczego! Jako matka kwoka lubię, gdy wszystkie moje kurczaki mam na oku. Mówiąc „kurczaki” mam na myśli dwoje dzieci, męża i kota. Gdy oni wszyscy grzecznie śpią w swoich łóżkach, mogę zasiąść do pisania i się nie martwić życiem doczesnym. Mogę wtedy na spokojnie wcielić się w role moich bohaterów.

Sposób na brak weny?

Wena nie lubi ludzi leniwych. Jeżeli leżysz i nic nie robisz, nie przyjdzie. Gdy zaczniesz pisać, cokolwiek, zaraz rodzą ci się nowe pomysły. Przerobione wielokrotnie. Gorzej, jak nie można zmobilizować się, by zacząć. Ale to już nie brak weny, tylko zwykłe lenistwo!

Jakie ćwiczenie byś poleciła komuś, kto chciałby nauczyć się pisać książki?

Ja zaczynałam od pisania pamiętnika. Opisywałam różne zdarzenia z życia. Fajnym też ćwiczeniem jest zastanawianie się, co by było gdyby. Czasem na spotkaniach z dziećmi robię takie ćwiczenie. Zaczynam od tego… „Wyobraźcie sobie, że ktoś teraz puka do drzwi…”. To niesamowite jakie nam historie wychodzą! Za każdym razem inna! Zatem polecam, by pisać, pisać, pisać, marzyć, wyobrażać sobie, a potem znowu pisać…

Dziękuję,

Marika Krajniewska

You may also like...