Jest okrutny. Ale przecież mnie kocha – o szkodliwych obrazach związku w literaturze

Jeśli wydaje wam się, że dobór lektur nie jest zbyt ważny i nie ma większego wpływu na wasze życie, szczególnie w okresie dziecięcym i nastoletnim, to jesteście w ogromnym błędzie.

Jestem najlepszym przykładem osoby, która wychowywała się na książkach. Ich poziom był bardzo różny, jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że większość z nich propagowała odpowiednie wartości. Pomijając ogromny wkład moich rodziców, rówieśników i generalnie otoczenia, to m.in. pozycje, po jakie sięgałam w bibliotece czy w księgarni, ukształtowały mnie jako człowieka i sprawiły, że w większości przypadków potrafię odróżnić dobro od zła, a czyny moralne oddzielić od tych, które koło moralności nawet nie stały. Jednocześnie jestem świadoma, że niegdyś ogromna ilość pochłanianych romansów sprawiła, że mam czasem nieco zbyt wyidealizowany obraz związku. Niby się wie, że nie istnieje coś takiego, jak książę na białym koniu, że nie zawsze pojawi się dobra wróżka, która zmieni łachmany w piękną suknię. Ale wewnętrznie, pewnie jak spora część kobiet, marzą mi się gesty rodem z najbardziej cukierkowatych historii.

Chociaż wiem, że czasy takie jak te, które opisywała Jane Austen, minęły bezpowrotnie, a obraz mężczyzny-gentlemana nie zawsze się sprawdza, to jednak dzięki temu nigdy nie wątpiłam w to, że jednej i drugiej stronie w związku należy się szacunek. Że jeśli kocha, to znaczy, że NIE podnosi ręki, NIE znęca się psychicznie, NIE krzywdzi. Że przeprosi, jeśli popełni błąd, że będzie robić wszystko, by nie sprawić ukochanej osobie bólu. Że dobra relacja to taka, w której poza miłością jest też zrozumienie, empatia, wsparcie, poczucie bezpieczeństwa i zaufanie.

Niestety nastała era takich platform jak Wattpad. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że to miejsce złe – zdaję sobie sprawę, jak wiele twórców rozwinęło tam skrzydła, dobrze mieć coś, gdzie można oddawać się spokojnie swojej pasji i nawet poznać opinie innych na ten temat. Dziwi mnie jednak, że nikt w żaden sposób nie weryfikuje treści tam się ukazujących. Chyba najgorsze przypadki to m.in. romantyzowanie kazirodztwa (miałam nieprzyjemność trafić na opowiadanie, sic!, w którym brat dobierał się do 12-letniej siostry – a ona się na to zgadzała, i to z ochotą), romantyzowanie gwałtu i innych form przemocy, w tym porwania. Wiem, że sprawdzanie wszystkich publikacji pod kątem tak szkodliwych treści byłoby żmudne i czasochłonne, ale i tak powinny zostać podjęte jakiekolwiek działania ograniczające trafianie takich materiałów do internetu.

Jeszcze gorzej, kiedy utwory promujące niezdrowe wartości trafiają do druku…

Nie bez powodu nawiązałam do Wattpada. To właśnie stamtąd pochodzi popularna, młodzieżowa seria, „After”, obecnie wydana – również w Polsce – w kilku dość opasłych tomach. Przeczytałam tylko jeden i to wystarczyło, by złapać się za głowę i zastanowić, w jakim kierunku idzie rynek wydawniczy.

Bohaterką „After” jest Tessa, świeżo upieczona studentka. Typ, który bywa nazywany „grzeczną dziewczynką”. Dużo się uczy, chodzi wcześnie spać, imprezy omija szerokim łukiem. Wszystko się zmienia, gdy poznaje Hardina, swojego rówieśnika, będącego klasycznym bad boyem (bo ma tatuaże i pije alkohol – to takie oczywiste). Oboje zbliżają się do siebie i wkrótce ich relacja przeradza się w romantyczno-erotyczną. Na pohybel logice, zdrowemu rozsądkowi i chłopakowi Tessy, bo przecież zdrada to coś, co przecież można zbyć machnięciem ręki. Dotychczasowy partner głównej bohaterki ewidentnie od samego początku jest przedstawiany w złym świetle, by później, kiedy Tessa pozwala Hardinowi na seks oralny, nie mieć do niej pretensji. A przynajmniej by większość czytelników nie miała.

Relacja Tessy i Hardina jest, krótko mówiąc, patologiczna. Chłopak wielokrotnie ma napady agresji, również wobec niej, rzucanie talerzami to dla niego chleb powszedni, podobnie jak niewybredne słowa skierowane do rzekomo mu bliskich osób. Hardin Tessą manipuluje, osacza ją, narzuca jej się. A ona niby się gniewa, ale w rzeczywistości jest tym całym cyrkiem zafascynowana. Co zatem może się urodzić w umyśle bardzo młodej dziewczyny, która sięgnie po taką książkę? Że właśnie tak wygląda chodzenie z kimś. Że jeśli nie rąbnie czasem pięścią w ścianę czy w stół (ewentualnie w nią), to znaczy, że nie kocha. Że jeśli nie powydziera się na nią okazjonalnie, bez większej przyczyny – bo kreowanie Hardina na bohatera mającego problemy, z którymi sobie nie radzi, wypada wybitnie nieudolnie – to znaczy, że mu nie zależy. W taki sposób agresywność i znęcanie się stają się w chory, ale niestety prawdziwy sposób pociągające.

Innym fenomenem wydawniczym, i to grubszego kalibru, jest oczywiście osławione „365 dni” Blanki Lipińskiej. Co prawda mamy tutaj do czynienia z literaturą skierowaną do dorosłych, nie do młodzieży, ale spójrzmy prawdzie w oczy: w księgarni nikt nie odwiedzie 15-latki od zakupu tej książki, sprzedawca raczej nie poprosi o dowód, a i dojrzałemu umysłowi ta książka może zrobić krzywdę (o czym zresztą sama się przekonałam). Nie chcę się tutaj zbędnie rozpisywać na temat fabuły i skandalicznych treści, które autorka przemyciła pod płaszczykiem obrzydliwego erotyzmu, bo chyba nie ma już osoby, która chociaż nie słyszała o tej „powieści”. Jej bohaterka zostaje porwana przez szefa mafii, jako że ten upatruje sobie w niej kobietę marzeń i łaskawie daje jej rok, by się w nim zakochała. Zanim jednak do tego dojdzie, na samym początku książki dostajemy w twarz sceną gwałtu oralnego na stewardessie. Autorka tłumaczyła wielokrotnie, że to nie gwałt, tylko dominacja, a kobieta występująca w tej scenie doskonale wiedziała, na co się pisze. Nieważne, że jednocześnie bohaterka opisu jest wyraźnie przerażona, traktowana brutalnie i upokarzająco. Nieważne, bo przecież KIWNĘŁA GŁOWĄ NA ZGODĘ. Jakby miała prawo wyboru, skoro znienacka rzucił się na nią facet, złapał za szyję i przygwoździł do ściany.

Dalej jest tylko gorzej. Laura, przetrzymywana wbrew swojej woli, tylko okazjonalnie okazuje strach, za bardzo jest zajęta podziwianiem porywacza i zachwycaniem się ciuchami, które dla niej kupuje. Z odkryciem, że kiedy była nieprzytomna, „ukochany” wszczepił jej nadajnik, mogący przekazywać mu informacje o jej położeniu, szybko przeszła do normalności (gdy Massimo mówił wcześniej, że to wszczepiony środek antykoncepcyjny, również nie była wkurzona – nic takiego, że ktoś decyduje za ciebie, kiedy będziesz w ciąży, a kiedy nie, prawda?), nie wspominając już o ewidentnym gwałcie, jakiego mężczyzna dopuszcza się na niej, będąc już w rzekomym związku. Mowa tu oczywiście o scenie seksu analnego, przed którym Laura się broniła. Jest wyraźnie napisane, że czuła się „zawstydzona” i „zażenowana” oraz krzyczała, by ją puścił. Romantyczne, prawda?

Powstawanie takich książek to jedno. Branie tego, co w nich zawarte, za zwyczajne i zdrowe – to już inna para kaloszy. Zwłaszcza, jeśli taka treść trafia na umysł młody, chłonny, jeszcze się kształtujący. Oczywiście wierzę, że zdecydowana większość kobiet ma więcej rozumu i nawet jeśli sięgnie po „365 dni”, to podobnie jak ja przeżyje prawdziwy festiwal złości i zażenowania, po czym zacznie żałować, że marnowała na to swoje szare komórki i wzrok. Ale część nie dostrzeże problemu. A jeszcze inne uznają taki stan za prawidłowy i nie zareagują, kiedy podobne symptomy pojawią się czy to w ich życiu, czy życiu koleżanek.

Nie chcę tu apelować do nikogo, bo apele zwykle nie działają. Można tylko pomyśleć trochę i czytać dalej – tyle że z głową.

Julia Deja

Photo by David East on Unsplash

You may also like...